Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wypada, wytrzymaj, musisz wytrzymać, — a gdybym, — nie, nie teraz, myśl o swojej minie; ona, ta kobieta, patrzy na ciebie, — a gdybym się, — patrzy na ciebie: „powiedz, czy ty w to wierzysz”, — a gdybym teraz; — wytrzymaj, myśl o swojej twarzy o minie, oni tu patrzą na ciebie, — a gdybym się roześmiał, — myśl o minie, o wyrazie twarzy, trzeba by jakiś smutek, nie, nie smutek, największe przygnębienie, wyraz osłupienia, — a gdybym się jednak, — pomyśl, co jej powiesz, coś mądrego czy stosownego, ułożenie rąk, twarz, pomyśl też o całej głowie, może trzeba by pochylić głowę, czy przypadkiem nie masz rozpiętego rozporka? — a może właśnie; może wyciągnąć na wierzch genitalia, co? wyobrażasz sobie reakcję tych ludzi? co by się stało z tragizmem którym się teraz upajają? — nie, nie myśl o tym, — lecz jak wyglądają, jak się zachowują właśnie te rzeczy, jak one uczestniczą w tej podniosłej chwili
(a to od jakiegoś czasu stale mi się pchało w myślenie i widzenie, ktoś z przejęciem mówi do mnie, patrzę na ruch jego warg lecz widzę nie tylko twarz a na filmie też mi w jakichś patetycznych momentach prócz może jeszcze rąk pokazywali twarz mimikę oczy a mnie interesowała bardziej mimika innych miejsc tej gwiazdy czy gwiazdora człowiek się przecież składa nie tylko z twarzy i rąk i tego tam duchowego wnętrza które dlaczegóż miałem odbierać poprzez akurat twarz czy palce, och osobistości, autorytety, ktoś nabożnie poważny, albo ktoś budzący respekt czy i lęk i wygłasza coś twardo rzuca słowa i spojrzenia i miny dobiera takie żeby widać było iż z Nim nie ma żartów a ja widzę miny i he he spojrzenia innych jego miejsc i czy poprzez te