Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzy. Lecz myśmy ich przeszli. Myśmy trochę przesadzili. Rzeźbiliśmy ten śmiech również sami w sobie. Może niezupełnie zdając sobie z tego sprawę. Owszem, i wzajemnie, lecz przede wszystkim każdy z nas sam w sobie, he he,
nie, ja jestem daleki od niedoceniania twojej w tym roli; to ty zacząłeś to we mnie rzeźbić. Tylko że to było zaraźliwe; uczeń szybko dogonił mistrza. A, oczywiście; tak zwane warunki zewnętrzne, powody, warunki sytuacyjne. To miało wielkie znaczenie. Były świetne. Bardzo nam pomagały w tej pracy,
lecz powtarzam: ty. Powiem nawet, bo w tej chwili myślę o tamtym przedpołudniu i tam jest mi to zdanie potrzebne: ty mnie tego nauczyłeś (myślałem: „gdybym się roześmiał”, „co? gdybym się roześmiał”),
wtedy to był powód wyraźny i jak najprawdziwszy, a myśmy te powody zawsze trochę wyolbrzymiali, i widząc teraz znowu jasno tamten myślę że i trochę przekrzywiali; tak, wobec tamtego te pozostałe były wyolbrzymione i trochę nawet przekrzywione; ale byliśmy do tego przyzwyczajeni, tak że kiedy wreszcie był ten bez wątpienia prawdziwy, którego już nie trzeba było powiększać ani widzieć inaczej, to nie śmiałem się — a chyba powinienem — nie śmiałem się, myślałem tylko że jednak wybuchnę śmiechem,
— zresztą nie tak, i nie tak te słowa, te tutaj i poprzednio, od początku i przez cały czas,
ta cała opowieść to przecież niezupełnie humoreska, nawet chciałem aby pewne tu miejsca brzmiały tragicznie, zawsze tak pragnąłem tragiczności; a wprawiono we mnie śmiech,
dlaczego cały jestem już tylko chichotem, nic we