Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o, bo myśmy się śmiali, ach jakżeśmy się — wreszcie już bez przerwy — śmiali,
i rzeczywiście, ileż mieliśmy do tego powodów, i było ich więcej i więcej, nieprawdaż And, coraz więcej, aż już wydawało się niemożliwe że może być więcej, nawet że w ogóle może jeszcze być,
choć prawda; zdarzało się że ich na moment jakby nie było, stawały się mniej wyraźne,
pamiętam: jakiś ranek, wstawałem, (nie, nie to że byłem sam, bo przecież później już twoja obecność nie była potrzebna, wreszcie śmiałem się już bez ciebie, więc nie to, takie momenty rozchwiania czy i nawet rozwiania powodów śmiechu zdarzały się i wtedy gdy byliśmy razem), pogodny ranek, wstawałem jakiś rześki, rzekłbym — odnowiony, „pięknie” mówiłem sobie „bardzo spokojnie, czysto”, „elegijnie, och jak smutno, jak miło” — byłem dobrej myśli — „jak smutno, dzionek zapowiada się nieźle”, „ho, ho, nieźle”. Gdzie tam. Kupa śmiechu; przez cały dzień, i zasypiałem w drgawkach chichotów. Właśnie; bo już to: „dzionek zapowiada się nieźle” i „ho ho” — było początkiem śmiechu. Tak, bo wreszcie same nawet zdania którymi rozumowałem układały mi się tak wykrzywione w chichot (widzisz And; bez ciebie; już później twoja obecność nie była do tego potrzebna, — A wtedy przecież też cię nie było; Lidka miała tak zabawnie zaczerwienione oczy i uparcie zadawała mi pytanie, natury — rzekłbym — metafizycznej, gdy ja byłem cały przepełniony śmiechem i walką ze śmiechem),
he he, „Człowiek śmiechu”, ty może też czytałeś tę książkę; tam rzeźbili człowiekowi buzię tak że już do końca musiał się śmiać. To byli artyści, co? Nasi kole-