Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

„Co sądzisz o tych trupach?” — pod ścianami i na ławkach i obok ławek, jakieś dziecko śpiące w objęciach kobiety wpółleżącej, inne mamroczące czy popłakujące, ktoś się porusza poprawia, ktoś wstaje, ktoś wszedł, szuka miejsca, szarzy nędzni i brudni jak cała ta poczekalnia dworcowa, wchodzi milicjant, podnoszą się ociężale gdy budzi tych pod ścianami, każe im wstać, wychodzi i znów się tam układają, paru z kuflami piwa słania się przy bufecie, późno, noc prawie — „bo to są przecież trupy” mówił stojąc tuż nad leżącymi czy siedzącymi i podnosili na nas oczy gdy on mówił to głośno jakby naprawdę uważał że to są trupy, odprowadził mnie wtedy do pociągu zatrzymał się tam zdawał się być zachwycony „dlaczego mi nigdy nie mówiłeś o tym?”, odprowadzał mnie potem często i kupując peronówkę mówił „popatrz, tak tanio a przecież widowisko warte skarbów faraonów, i oczu faraonów, w tak skromnej salce i na tak skromnym uboczu ten Teatr Narodów”, czasem szliśmy tam wcześniej niż potrzebowałem i potem wychodził ze mną na peron i myślałem nieraz że gdy już ruszał mój pociąg i odjeżdżałem on jeszcze tam wracał.


„Piękny” myślę i przypomina mi się rzeczywiście wizerunek Ukrzyżowanego który widziałem w jakimś kościele, wizerunek trochę sczerniały, (myślałem z obawą czy go zastanę w ten wieczór mijałem tylu ludzi, jest sezon wakacyjny wyglądało jakby wszyscy którzy nie wyjechali wylegli na ulice planty place tarasy kawiarń, nikogo w domu, ten wieczór nastroił mnie na choćby porozmawianie z kimś, bliskość już jakąkolwiek, usiło-