Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w kierunku stacji nie oglądając się, spieszyło mi się przedtem do bomby, zobaczyć czy jeszcze stoi, teraz usiadłem, wstałem bo znów przypomniał mi się rewolwer, trzeba go było odnaleźć w tamtych malinach póki nie całkiem ciemno i schować.


Z początku mówił o poezji (gdy go poznałem), mówił sugestywnie, wznosił jakby Pałace Poezji i przed słuchającym go zdawały się otwierać jaśniejące bramy tych budowli do wejścia w ich posiadanie —
„wyjdź przyjacielu” (nie z tych pałaców lecz z mieszkania Anda) powiedział Wiczuszkowi który okazało się widział te wznoszenia głównie dla siebie — zajmując najwyższe kondygnacje dawał nam jednak, z wielkodusznością właściwą największym, piętra tuż pod sobą, ten gen (gen — od geniusz, zamiast genialny Wiczuszek czy Wiczuszek-Geniusz mówię gen Wu, jest to poetycki skrót, najmniej słów, według lekcji Odrzutowca) ten Książę Poezji przez jakiś czas nas tym bawił, nagle Anda przestał — „wyjdź przyjacielu” któregoś dnia gdy ten wpadł z codzienną porcją zapisanego papieru czytać to podniesionym i piskliwym głosem (a And i ja gdy akurat byłem — słuchać i adorować),
przestał bawić, siedzieliśmy raz z Andem w knajpie notowaliśmy na bibułkowych serwetkach jakieś swoje improwizacje, żeby iść z tym do Wiczuszka „zrobimy mu nasz wieczór autorski”, „w skromnym hołdzie za wszystkie jego autorskie wieczory i poranki i południa” (których nam nie żałował), poszliśmy, czytaliśmy, gen W słuchał nabożnie i gdy potem zmięte serwetki rzuciliśmy pod piec podniósł je wyprostował, plótł że skar-