Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


końca tej niedzieli, jest mi słabo, do szaleństwa to samo, to samo, bez końca, jak gdy będę czytał kiedyś później bajkę o rusałkach i jakichś jeziorach podobną do wielu już znanych lecz w tej, w tej, nie wiedziałem, dalekie, coś mdląco słodko, coś się powtarzało, miałem to w sobie już po paru kartkach, i dalej było nic tylko echo tego, mdląco aż do bólu, uparcie to samo, i koniec gdy doczytałem połączył mi się z początkiem, nie było końca i śniło mi się to po nocach tak wirujące wokół mnie daleko od wszystkiego, coś to samo, to samo, i pojąłem dopiero po latach że ta bajka była wierszowana choć wydrukowana była jak proza, i wreszcie nie mogę powstrzymać płaczu mimo iż wiem że matka mnie za to zbije —
rozdzierająco, nigdy inaczej, i również nie dla tych działań chodziłem do lasu, przed którymi, choć już nie takimi lękowo dziecinnymi, broniłem się jakby przymykaniem oczu, prawie niepatrzeniem,
nigdy dla żadnych jego działań lecz nie mogłem usiedzieć w domu a nie chciałem nikogo spotykać,
zanim miałem tam schowany rewolwer, a potem i bombę, mniej już schowaną,
rewolwer był duży cieszył mnie jego ciężar mam podobnie jak szarpnięcia w momencie wystrzału jakby zachowany w mięśniach ręki jak wokół pasa chłód naboi które nosiłem za koszulą, dzwoniło mi może w uszach po każdym strzale lub pamiętam to dzwonienie ze strzelań w piwnicy lecz nie słyszałem echa w tym lesie i w nocy strzały jednak musiały się nieść daleko, mogły kogoś zainteresować, nie wolno takich rzeczy mieć, „niech więc przyjdzie” nasłuchiwałem wytężałem też wzrok, „no podejdź podejdźcie, właśnie na to czekam”