Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem który gdy mu zacząłem już sam mówić — myśląc że nie wie — wiedział jak oni wszyscy — oczywiście to że przyniosłem nie swoje wiersze — przerwał mi że nieważne, nie mam się tym co przejmować, może wyglądało że się tym bardzo przejmuję) mówi:
— Dlaczego to zrobiłeś?
z półuśmiechem o którym nie wiem co myśleć, może i nie zwracam specjalnej uwagi na ten u niego grymas i przecież widzę po raz pierwszy, dlaczegóż miałbym od razu co myśleć.


Stał na skraju lasu i wykrzykiwał moje imię, z wściekłością z niecierpliwością,
od nowa zaczynałem już chodzić do lasu — nie dla jakichś kojących działań przyrody, las działał na mnie zawsze rozdzierająco,
i z tak dawna, gdy teraz zastanawiam się czy nigdy inaczej, wyłania się:
jestem z matką w lesie, jakby ogromnie daleko od domu, ta nie kończąca się niedziela, wszystko ogromnie dalekie słabe prócz tych zieleni i drzew i niebo wyjaśniałe do prawie lśnienia, cicho i głos jakiegoś ptaka czy gdy słyszę świerszcze to tylko dzwonienie ciszy, pagórkowata polana duszne wonie zielsk albo idziemy dnem wąwozu, zielonym od okrągławych liści jakichś roślin, to macki tej do szaleństwa ciszy i zieloności, uderza gdzieś daleko dzwon, potem kilka, matka wymienia jakiś odległy klasztor, słyszę je jak przez wodę, to zatopione dzwony, razem z tym klasztorem, zatopione jak my, w tej zielonej w tej do bólu mdlącej baśni, już z niej nie wyjdziemy, nie będzie nigdy domu, nigdy