Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z zachwytu czy też wściekłości, i wtedy ktoś zapukał do naszego pokoju, And powiedział „proszę wejść”, — „ja nie chcę wejść, ja chcę spać” — mówił jakiś męski głos — „co pan wyprawia, czy pan oszalał? Panie, ściany drżą; czy mam iść po portiera?”, And podszedł chyba do tych drzwi: „czy pan jest może kobietą? Strasznie jestem spragniony miłości a moja żona uciekła mi do szafy”; głos zza drzwi nie odpowiedział; And wrócił pod szafę: „no tak. To sobie teraz może porozmawiamy — Czy ty... czy kochałeś się?”
— Wyprostuj szafę.
— Powiedz, czy się kochałeś.
Zaśmiałem się. On:
— I aż tak bardzo?
— Może.
— I co?
— I co?
— I co.
— Słyszałeś.
— A może jeszcze coś, coś oprócz śmiechu, może pozostało?
— Może.


— Lubisz grać w pokera?
— Lubię grać w pokera.
— Trzeba.
— Przypuszczam.
— A „sztuki piękne”?
— A „sztuki piękne”?


— A religie?
— A religie?


— A obserwowanie ludzi, obserwowanie zdarzeń?
— Lecz nie powinno się tego, przynajmniej tego, smakować zbyt łapczywie, zbyt raptownie. Należy sobie to, tę zabawę, rozłożyć, tak aby wystarczyło do końca. Tak, mój chłopcze, rozłożyć, nie smakować zbyt raptownie; zresztą