Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdolność porozumiewania się, i przeszło mi przez myśl że to było już w ciągu tej całej nocy, a nawet wcześniej już wtedy gdy przyszedłem do niego i powiedział że nie mamy czasu bo trzeba kupić jeszcze bilety. I w ciągu tego całego dnia i może jeszcze dnia następnego (And zdecydował się wreszcie że zostanie) przynajmniej chwilami dnia następnego to jeszcze trwało — odnosiłem wrażenie, i może też w trzecim dniu, nawet i później w ciągu tamtej nocy może były takie momenty, ale wtedy nie miałem już tej pewności, i też chyba on — o ile przedtem odczuwał to podobnie — nie miał już jej, gdy przecież chwilami ja sam zdaje się nie bardzo wiedziałem co znaczy to co sam mówię.
Więc ten pierwszy dzień — poza historią ze Szczeniakiem (którego postanowiliśmy już nie wpuścić do pokoju, wieczorem gdy wrócił nie otworzyliśmy mu drzwi i już się więcej nie pokazał) — był dniem spokojnym;
wyszliśmy na obiad i wtedy rozstałem się z Andem (wszyscy zjazdowcy mieli załatwione śniadania obiady i kolacje w jednej z najlepszych restauracji tego miasta lecz ja byłem na diecie — już dawno w pewien głupi gówniarski sposób zepsułem sobie żołądek, i początkowo konieczność myślenia o tym chorym worze doprowadzała mnie do wściekłości a myśleć o tym musiałem bo ból od którego czasem stawały mi w oczach przysłowiowe świeczki i rzygałem a rzyganie zawsze było dla mnie czymś wyjątkowo ohydnym to wolałem już pamiętać o chorym flaku — Andowi ta moja żołądkowa historia sprawiała z początku wiele radości później niestety się do niej przyzwyczaił) poszedłem do baru mlecznego, potem wróciłem do hotelu,
z Andem spotkałem się dopiero wieczorem na jakiejś imprezie, może był już trochę pijany, poszliśmy później na kolację i rozstałam się z nim znowu przed barem mlecznym, a gdy on wrócił ja już spałem a właściwie udawałem że śpię chciałem — to niewątpliwie było zmęczenie — chciałem spokoju, And oczywiście zaraz ściągnął ze mnie kołdrę, powiedział że teraz klęcząc w kątach będziemy śpiewać „W krzyżu cierpienie”, że przecież mówiłem mu kiedyś iż jestem Mistrzem Cierpienia, mimo iż to właśnie