Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/34

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    cego, aby mi zaszkodzić. Gotów nawet — poprawiła się, spostrzegłszy, że wygadała się zbytnio — nade słać sfałszowane dokumenty...
    Marlicz pojmował teraz wszystko i pamiętał, że przed dyrektorem leżał jakiś tajemniczy list. Zapew ne od Drangla. Pojmował, że ten prócz zezwolenia, na rozwód, obiecywał nadesłać prawdopodobnie ja kieś rewelacyjne informacje, które miały być tajem nicą dla wszystkich, i w żadnym razie nie dotrzeć do rąk pięknej Tamary i że po to wysłano go do Wil na.
    — Ach, tak.. — bąknął.
    — Chodzi mi więc — wyrzekła teraz zupełnie otwarcie — abym mogła przejrzeć te papiery, za nim dotrą do rąk Kuzunowa. Rozumie pan? Musi pan mi je pokazać....
    W Marliczu zagrały resztki uczciwości. Niedaw no przysięgał sobie postępować, jak człowiek prawy, a to, co żądała od niego byłoby zdradą wobec dyrekto ra.
    — Naprawdę nie mogę tego uczynić — wyrzekł.
    — A wczoraj mógł pan ode mnie przyjąć pienią dze? — posłyszał ostrą, nieoczekiwaną odpowiedź Co za nagła dżentelmeneria.
    Marlicz poczuł, że czerwień wstydu nagłą falą zalewa mu policzki.
    — Sądziłem, że to tylko pożyczka!
    — Pożyczka od obcej kobiety? Aby ukryć de fraudację? Wszak zamierzał pan sobie strzelić w gło wę?
    — Z tego jeszcze nie wynika, żebym stale miał być szubrawcem!
    — Więc odmawia pan? A co będzie, jeśli pójdę do Kuzunowa i opowiem mu w jaki sposób pokrył