Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/17

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    niego spogląda i uśmiecha się z politowaniem na widok jego skromnych stawek.
    — Zakładam bank z dwudziestu! — wyrzekł, jak zwykle, gdy doszła kolej do niego.
    — Tak pan nigdy dużo nie wygra! — odezwała się raptem i wydało się Marliczowi, że patrzy na nie go drwiąco.
    Zaczerwienił się gwałtownie.
    — Sądzi pan? — bąknął — W takim razie — zgarnął wszystkie, leżąceprzed nim pieniądze i wysu nął je na środek stołu — wychodzę ze stu pięćdziesięciu!
    — Kryję! — zawołał siedzący obok Marlicza ku piec Rękawiecki — Pani baronowa namówiła młodego człowieka do złego! Zobaczymy, co z tego wyniknie!
    Marlicz czuł, że drżą mu palce, ale starał się opanować. Przeklinał chwilę głupiej próżności. Co będzie jeśli przegra? Rozdał karty i zajrzał szybko w swoje..
    — Dziewięć! — oświadczył.
    — Wygrał pan! — oświadczył Rękawiecki — W banku trzysta złotych! Zabiję jeszcze raz!
    Marlicz ponownie rozdał karty i znowu otworzył abataż. Miał teraz sześćset złotych.
    — Nie biję dalej! — mruknął kupiec — Na pana kolej, panie Przeniczny.
    Przemysłowiec rzucił na stół sześć setek i bez słowa wyciągnął rękę po karty. Marlicz je rozdawał, jak przez mgłę. Miał dwójkę, dokupił do niej szóstkę, podczas gdy przemysłowiec zabastował na siódemce.
    — Znowu pan wygrał! W banku tysiąc dwieście!
    — Hm, — uśmiechnęła się baronowa. Przecież