Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Karjera panny Mańki.djvu/105

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Rozmowa przybierała zgoła inny obrót, niźli go sobie wobrażała Mańka. Weleszowa jednak tak ujmujące czyniła wrażenie i tak przemawiała serdecznie, że niemniej ciepło odrzekła:
    — O ile tylko będę mogła dopomóc...
    — Ach, gdyby pani zechciała! Lecz przódy uczynić muszę pewien wstęp...
    Zawahała się, jakby z trudem dobierając słowa, cisnące się na usta, poczem nieco nerwowo jęła wyjaśniać:
    — Mój mąż ożenił się ze mną nie z miłości. Uczynił tak na wyraźne żądanie rodziców... Byłam biedną panną, zaimponowało mi stanowisko, zresztą sądziłam, że go zdobędę, przywiążę do siebie, przerobię... Zawiodłam się srodze... i szereg lat już trwa ta męka... Póki żyli rodzice było pół biedy. Ale teraz... Nie, dłużej tego nie zniosę...
    Duża łza spływała po jej policzku. Szybko otarła ją batystową chusteczką.
    — Nie szczędzi mi żadnego upokorzenia... Czy pani da wiarę, że on mi opowiada o wszystkich swoich przygodach miłosnych? Z najdrobniejszemi szczegółami...
    — Czyż i o mnie opowiadał?
    — Jakżebym inaczej wiedziała o istnieniu pani i znała jej adres? Twierdził, że mu się pani szalenie podoba, i że musi ją zdobyć... Powzięłam więc plan...
    — Ale pan Welesz wcale mi się nie podoba i nie mam zamiaru...

    — Proszę mnie wysłuchać do końca... Ten niby wesoły, miły Hipcio, och, gdy pani go pozna lepiej... to brutal, który wyrafinowanie potrafi się znęcać... Siedziałam teraz parę miesięcy zagranicą i błagałam go listow-

    99