Strona:Sofokles - Król Edyp.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


JOKASTA

Wnet poślę, wstąpmy tymczasem do domu,

Bo, co ci miłem, nie zniecham niczego.
860 
861-910 
CHÓR[1]

Niechbym ja słowom i sprawom co święte
Cześć wierną dał i pokłony.
Strzegą ich prawa w eterze poczęte,
Nadziemskie strzegą zakony.
Olimp im ojcem, z ziemskiego bo łona
Takie nie poczną się płody,
Ani ich fala zapomnień pokona.
Trwa w nich Bóg wielki, mocny, wiecznie młody.

Pycha rodzi tyranów; gdy pychy tej szały
Prawa i miarę przekroczą,
Runie na głowę ze stromej gdzieś skały,
Gdzie głębie zgubą się mroczą.
Nic jej stamtąd nie wyzwoli.
Do Boga wzniosę ja prośbę gorącą,
By zbawił tego, co nas ratował w niedoli.
Bóg mi ostoją i wiernym obrońcą!

A gdy ludzi czyn lub głos
Prawa obrazi i święte bóstw trony,
Niech ich straszny dogna los,
Skarci dumy wzlot szalonej,
Gdy za brudnym zyskiem gonią,
Gdy od ludzi złych nie stronią,
Świętość grzeszną skażą dłonią.

  1. CHÓR w. 861–910 jest jakby protestem religijnego Sofoklesa przeciw racjonalizmowi i sceptycyzmowi, który wtedy, pod koniec piątego przed Chr. wieku, w Atenach się szerzył, głównie przez jońskich sofistów. Mamy więc tu chwalbę odwiecznych boskich zakonów, które nie są wymysłem ludzi, lecz pochodzą z nieba, nazwanego tutaj eterem i Olimpem. Z tem połączono napiętnowanie ludzkiej pychy. — Wkońcu ujmuje się chór za wyroczniami wobec zaczepek, na które się ośmieliła Jokasta.