Strona:Sofokles - Król Edyp.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zeznam ci wszystko po prawdzie; gdym idąc

Do troistego zbliżył się rozdroża,
800 

Wtedy obwiestnik i mąż jakiś wozem
W konie sprzężonym jadący, jak rzekłaś,
Mnie najechali, i z drogi mnie gwałtem
Woźnica spędzał wraz z owym staruchą.

Ja więc wzburzony uderzam woźnicę,
805 

Co mnie potrącił; a gdy to zobaczył
Starzec, upatrzył gdym podle był wozu,
I w głowę oścień mi wraża kolczasty;
— Oddałem z lichwą; ugodzon kosturem

Runął on nawznak ze środka siedzenia. —
810 

Tnę potem drugich; a jeśli obcego
Łączyło jakie z Laiosem krewieństwo,
To któż nędzniejszym byłby od zabójcy,
Któż w większej bogów pogardzie i nieba?

Przecież go obcym, ni ziomkom nie wolno
815 

Przyjąć pod dachem, ni uczcić przemową,
Lecz precz należy odtrącić. Nikt inny,
Lecz ja tę klątwę sam na się rzuciłem
A ręką kalam ofiary dziś łoże,

Co w krwi broczyła. — Czyż ja nie shańbiony?
820 

Nie zbezczeszczony doszczętnie? Jeżeli
Tułać się przyjdzie, w tułaczce już moich,
Ani ojczyzny oglądać nie będę.
Inaczej matkę bo pojąć i zgładzić

Ojca bym musiał, tego, co dał życie.
825 

Ktoby w tem widział srogiego demona
Dopust, czyż domysł ten byłby fałszywym?
Niechbym nie zajrzał, o boże wy mocy,
Tego ja słońca i zginął bez wieści

Z pośród śmiertelnych, nim takie nieszczęście
830 

Ostrzem by w moją ugodziło głowę.

CHÓR

Strasznem to, panie, lecz póki ów świadek
Prawdy nie wyzna, trwaj jeszcze w nadziei.