Strona:Sinobrody.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

posadzkę, a niezwykłej ceny kanapy i poduszki zachwycały odwiedzających.
Koło pałacu ciągnął się wiorsty całe park ze zwierzyńcem i oranżerją. Chodziły tam prześliczne żyrafy, oswojone dzikie zwierzątka i król pustyni wielbłąd. Urządzona dla nich specjalnie sadzawka otoczona była zawsze rojem tych miłych, do człowieka przyzwyczajonych stworzeń. Roiło się koło niej i dużo ptactwa z innych sprowadzonego krajów, unosiły się w powietrzu różnobarwne motyle i przezroczyste szklarki.
Cała przestrzeń wolna od budynków pokryta była, jak dywanem, przecudnem, woniejącem kwieciem. Tonęła wprost w różnorodnych barwach ptaków. Koloru purpurowego maki mieszały się z bladoróżową polną różyczką, błękitne niezapominajki rosły obok białej lewkonji, wspaniałe tulipany, jak turban Turka podnosiły dumnie swą główkę, a lilijka