Strona:Sielanki i inne wiersze polskie.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wierzchami potrząsały, właśnie by rozumne,
I wiatrowie ciszyli swoje wiania szumne.

Ani się tak dziwuje Izmar Orpheowi,
25

Ani skala Parnaska mądremu Phoebowi.

A on śpiewał, jako świat stworzon od początku,
Jako przed wiekiem rzeczy tych nie było szczątku,
Jako ziemia w swych grunciech zawieszona, jako

Wody, ognie, powietrza dzielą się[1] trojako;
30

Skąd ludzki rodzaj, skąd źwierz wszelki inszy niemy,
Jako od bydła rożnym darem my żywiemy[2];
Skąd słońce, skąd gwiazdami niebo osypane.
Czemu księżyce biorą w światłości odmianę;

Skąd wichry, skąd pioruny, skąd straszliwe gromy,
35

Co ziemią trzęsie i gdzie są piekielne domy;
Czemu za wiekow złotych ni ziemie orania,
Ni było po szerokich morzach żeglowania;
Ani zbroj, ani mieczow, ani wojen znano,

Ani praw, ani wielkich statutów pisano;
40

Cnotą i przyrodzeniem ludzie się rządzili.
Aż się potym znienagła[3] swej wolej napili.
Więc z ojców niepobożnych nie lepszy synowie,
A z złych synów gorszy się rodzili wnukowie.

Nakoniec do żelaznych przyszło wieków smutnych,
45

W ktorych się namnożyło siła serc okrutnych;
Siła zdrad, siła fałszow; brat powstał na brata,
Syn na ojca; tu żona męża gładzi z świata.
Tu gość gościa; sąsiedzi wzajem się mordują,

Złe macochy pasierbom truciny[4] gotują:
50

A święta sprawiedliwość, która tu mięszkała
Obecnie[5] z ludźmi, nawet w niebo uleciała.

  1. grunt — fundament
  2. Żywiemy — żyjemy
  3. znienagła — zwolna
  4. trucina — trucizna
  5. obecnie — wspólnie