Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiem o tem! — odparł Svartling — Nigdy też nie twierdziłem co innego. Chcę tylko powiedzieć że należy dzieciom oszczędzać trudności...
— No i cóż dalej? — spytał stary wojak. Kościelny poznał po głosie jego, że się czuje dotknięty i zabrał się do odwrotu.
— To prawda, — rzekł łagodnie — że ułatwiasz dzieciom naukę, że nigdy się nie uskarżają na trudności...
— Może chcesz przez to powiedzieć, że im ułatwiam zanadto naukę? Może ich nie uczę wcale? — krzyknął stary i uderzył pięścią w stół.
— Cóż ci się. to dzisiaj stało, Tybergu? — spytał kościelny — Wszystko co powiem, bierzesz z najgorszej strony!
— Czemuż mi ciągle robisz docinki?
Wmieszali się inni do rozmowy, załagodzili spór i obaj nauczyciele rozstali się w takiej samej, jak dawniej przyjaźni. Ale słowa kościelnego przyszły znowu na myśl Tybergowi, podczas gdy samotny wracał do domu i zawrzał takim samym, jak poprzód gniewem.
— Jak śmie ten mądrala twierdzić, że dzieci moje uczyłyby się więcej i lepiej, gdybym postępowcał z jego tam jakimś duchem czasu? — pomyślał — Sądzi oczywiście, żem już za stary, tylko nie ma odwagi powiedzieć tego otwrarcie!
Nie mógł strawić tej sprawy i przyszedłszy do domu wytoczył rzecz całą w rozmowie z żoną.
— Nie rób sobie nic z paplaniny kościelnego! — powiedziała żona — Młody nosa zadziera, a stary plony zbiera! Zawszę to powtarzam. Jesteście obaj doskonałymi nauczycielami i basta!