Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

łem: — Dojedziemy jeszcze na czas, Janie! Nie płaczcież tak! W jesieni chodzą po jeziorze małe statki towarowe, a im nie spieszno nigdy! — Ale zaledwie wypowiedziałem te słowa położył mi rękę na ramieniu i spytał, czy sądzę, że ci co porwali cesarzową, będą się z nią obchodzili okrutnie?
— Ci, co mnie porwali? — powtórzyła Klara Gulla w najwyższym stopniu zdziwiona.
— I ja też zdziwiłem się mocno i spytałem, kogo ma na myśli. Powiedział, że podczas pobytu cesarzowej w domu czyhali na nią w zasadzce nieprzyjaciele jej. Byli to wrogowie, których się tak bardzo Klara Gulla bała, że nie ośmieliła się nawet przywdziać korony, ani nawet mówić o Portugalji. Ci to właśnie wrogowie rzucili się na nią, porwali i uwieźli ze sobą.
— Ach, tak sobie to wytłumaczył? — powiedziała Klara Gulla.
— Tak sobie to wytłumaczył! — potwierdził Linnart z wielkim naciskiem — Zechciejcież mnie dobrze zrozumieć Klaro Gullo, ojciec nie dlatego płakał, że został opuszczony i samotny, ale dlatego, że sądził, iż jego córce zagraża niebezpieczeństwo!
Linnartowi z trudnością przyszło wypowiedzieć te ostatnie wyrazy. Nie chciały mu wyjść z gardła. Myślał pewnie o starym Björnie Hindriksonie i o sobie. Wspomnienie własnych dziejów pokazało mu dowodnie, jak cenić trzeba prawdziwą miłość, która nie cofa się przed niczem i nie ćmi się nigdy.
Klara Gulla nie rozumiała tego wszystkiego. Od powrotu do domu myślała o ojcu jeno ze wstrętem i strachem. I teraz też mruknęła coś w rodzaju, że ojciec jej był warjatem.
Linnart dosłyszał to i uczuł się dotkniętym.