Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Patrzył w kierunku wierchu Stornsnipy, wychylającego się stromą ścianą z pośród lasów brzozowych i poletków pól askaladarneńskich, co wyglądał na potężną basztę forteczną, pilnującą, by nie dotarł do doliny ktoś niepożądany. Mogło się zdarzyć, że jakaś wykwintna dama, podziwiająca ze szczytu okolicę, w drodze powrotnej zabłądzi i znajdzie się blisko jego domku.
Uspakajał tedy, jak mógł, Katarzynę. Nic nie zagrażało ani jemu, ani dziecku, a że stał już tak długo, to przecież może postać jeszcze trochę.
Ni śladu człowieka dostrzec nie mógł, ale coraz to większej nabierał pewności, że skądś przyjdzie rada, byle tylko jeszcze trochę poczekał. Nie mogło się stać inaczej. Czyżby się zdziwił, gdyby nagle zjawiła się pośród lasu, poszywającego stoki gór, królowa w złotej karecie po to jeno, by córeczce jego nadać swe imię?
Minęła znowu dobra chwila, a Jan zaczął miarkować, że nadchodzi wieczór. Trudno wiec było czekać dłużej na dworze.
Katarzyna spoglądała co moment na zegar, wiszący na ścianie, i wołała, by wracał, bo późno.
— Jeszcze małą chwilkę zaczekaj! — odrzekł Jan — Właśnie widzę kogoś w dali!
Przez cały dzień mgła wisiała nad światem, teraz jednak słońce przejrzało przez nią i ozłociło promieniami dziecinę.
— Nie dziw mi wcale, że chcesz spojrzyć na małą, zanim pójdziesz spać! — powiedział Jan do słońca — Warto popatrzyć na takie dziecko... ani słowa... warto!
Słońce wydobyło się całe z chmur i rzuciło snop czerwonej poświaty na dziecko, Jana i cały domek.