Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
W JEDWABIACH.

Nie nadchodził wcale list od Klary Gulli ani do ojca, ani do matki, ale Jan nie wiele sobie z tego robił, wiedział bowiem, że dlatego milczy, by tembardziej uradować rodziców, gdy nadejdzie pora ogłoszenia zdumiewającej nowiny.
Mimo to dobrze się stało, że Jan zdołał potrochu zerknąć jej w karty, gdyż inaczej mógłby się był dać omamić ludziom, którzy twierdzili, że wiedzą więcej, niż własny ojciec Klary Gulli o tem, co czyni i co się z nią dzieje.
By dać przykład, możnaby przytoczyć, co się zdarzyło Katarzynie na placu kościelnym pewnej niedzieli.
W pierwszą niedzielę adwentu udała się Katarzyna do kościoła, a gdy wróciła, była dziwnie zastraszona i zmieszana.
Spostrzegła kilku wyrostków, którzy powrócili ze Sztokholmu, gdzie pracowali jesienią przy murarce, a teraz paplali wesoło z parobczakami i dziewczętami.
Katarzyna zobaczywszy ich podeszła przypuszczając, że dowie się czegoś o Klarze Gulli i chciała wszcząć z nimi rozmowę.
Właśnie opowiadali widocznie wesołe historyjki, bo parobczaki śmiali się na całe gardło. Nie spodobało się to Katarzynie, bowiem stali tuż pod samym kociołem. Sami zresztą spostrzegli, że czynią rzecz nie-