Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Starzec podmuchał na kawę z wielką uwagą, potem zaś czując że milczy za długo, postanowił rzec parę słów.
— Mogło ją spotkać coś pomyślnego, o czem zechce donieść! — powiedział.
— Cóżby ją mogło takiego spotkać? — zdziwiła się Katarzyna — Temu kto zapracowuje się w służbie dni mijają bez żadnej uciechy.
Ola odgryzł kawałeczek cukru, a potem wielkiemi, powolnemi haustami wypił kawę ze spodka. Gdy skończył zapadła w izbie ponownie długa, wprost przykra i niesamowita cisza.
— Mogła kogoś przypadkiem spotkać na ulicy! — powiedział nagle starzec i wpatrzył się przygasłemi oczyma w podłogę. Trudno było przypuścić, że zdaje sobie sprawę z tego co mówił.
Katarzyna nie uznała tej uwagi za godną odpowiedzi i w milczeniu nalała mu drugą filiżankę kawy.
— Wszakże możemy przypuścić — ozwał się znowu Ola — iż owa pani, którą Klara Gulla spotkała na ulicy, była w podeszłym wieku, słaba na nogi i że potknęła się właśnie w tej chwili, kiedy ją mijała Klara Gulla.
Starzec mówił bezprzytomnie, coraz bardziej nieprzytomnie.
— Nie byłoby to wcale tak ważne, by aż pisać o tem! — odrzekła Katarzyna z niechęcią, bo zaczynał ją gniewać upór starego Oli, z którym wracał do jednego tematu.
— Przypuśćmy jednak — podjął znowu — że Klara Gulla podtrzymała ową damę, albo ją podniosła i że staruszka tak była uradowana, iż otworzyła pulares