Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
POCZĄTEK ZŁUDY.

Przez pierwszych kilka tygodni po bytności posła, nie był Jan zdolnym do żadnej roboty. Leżał ciągle na łóżku i gryzł się.
Każdego ranka wstawał, coprawda, ubierał się i chciał iść do Falli. Ale doszedłszy do drzwi, uczuwał takie znużenie i bezsilność, że nie pozostawało nic innego, jak położyć się z powrotem na łóżku.
Katarzyna wysilała się na cierpliwość, bo wiedziała, że tęsknota, podobnie, jak każda inna choroba wymaga czasu, by się przełamać i zniknąć. Dziwiła się tylko, czemu w danym wypadku tęsknota Jana za córką trwa tak długo i zachodziła w głowę obliczając, kiedy minąć może. Może do samych świąt Bożego Narodzenia, albo przez całą zimę nawet!
I byłoby się niezawodnie tak stało, gdyby nie to, że pewnego dnia przyszedł stary sieciarz Ola z zapytaniem, co słychać i został zaproszony na kawę.
Był zazwyczaj małomówny, jak wszyscy, których myśli bujają daleko i dlatego nie dostrzegają, co się wokoło nich dzieje. Kiedy jednak kawa została podaną i Ola część jej zlał na spodek, by przestygła, uznał za swój obowiązek powiedzieć coś.
— Zdaje mi się, że właśnie dziś powinien nadejść list od Klary! Mam takie przeczucie.
— Dopiero przed dwoma tygodniami, pisząc do posła Karlsona, zamieściła dla nas pozdrowienie! — zauważyła Katarzyna.