Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


liliowa zasłoniła dziecko przed jego wzrokiem, aby mogło się przemknąć przez bramę.
Coraz bardziej się zamyślał i miecz cofał ku sobie.
— Pszczoły i lilie odwdzięczyły mu się za dobrodziejstwa — szepnął do siebie.
Wspomniał, że i jemu samenu dobrodziejstwo maleńki wyświadczył, i głęboki rumieniec okrył jego twarz.
— Czyż rzymski legionista mógłby mordem odpłacić za przysługę! — szepnął.
Przebył krótką walkę z sobą samym. Przemknął mu przez głowę Herod i własne zadowolenie z tego, gdyby był księcia pokoju zgładził ze świata.
— Nie przystoi mi jednak zabijać stworzenia, które mi życie uratowało — rzekł w końcu.
Pochylił się i położył miecz obok dziecka, aby zbiedzy zbudziwszy się, mogli poznać, jakie ich niebezpieczeństwo ominęło.
Wtedy ujrzał, że dziecko się budzi. Leżało, wpatrując się w niego pięknymi oczyma, błyszczącymi jak gwiazdy.
I żołdak ugiął kolano przed dzieckiem.
— Panie, ty jesteś potężnym, — rzekł — tyś zwycięzcą. Tyś jest, którego bogowie miłują. Tyś jest, który po wężach i padalcach stąpać możesz!
Ucałował stopy dziecka i szybko wyszedł z groty, podczas gdy chłopię, leżąc, patrzyło za nim szeroko rozwartymi, wiedzącymi oczyma.