Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zbliż-no ucho, to ci opowiem jego zamiary.
Długo szeptał dowódca z żołnierzem, a kiedy mu wszystko dokładnie opowiedział, dodał jeszcze:
— Nie potrzebuję ci mówić, że w tej sprawie wymagane najściślejsze milczenie, inaczej wszystko może się nie udać.
— Ty wiesz, Woltigiuszu, że można polegać na mnie — rzekł żołnierz.
Gdy się dowódca oddalił, a żołnierz stał znowu na swym posterunku, obejrzał się za dzieckiem. Bawiło się wśród kwiatów, a żołnierz pomyślał w duchu, że tak lekko i powabnie czyni tylko motyl.
Nagle zaczął się wojownik śmiać głośno.
— Aha! prawda, — rzekł — wszak nie będzie mi to dziecko dłużej cierniem w oku. Owego wieczora i ono zaproszone zostanie na ucztę do króla.
Żołnierz wytrwał na stanowisku aż do chwili, kiedy czas było zamknąć bramy miasta na noc. Gdy tego dokonał, przeszedł przez wąskie, ciemne uliczki do wspaniałego pałacu, który król Herod w Betleem posiadał.
W środku tej potężnej budowy był duży kamieniem brukowany dziedziniec, otoczony zabudowaniami. W trzy piętra jedno nad drugim otaczały je otwarte krużganki. Na najwyższej z tych galerii, jak król postanowił, miała się odbyć uczta dla dzieci betleemskich. Galeria ta, również na wyraźny rozkaz królewski, miała być przeistoczona na wspaniały wykwintny wirydarz. Sufit kryły gałęzie pnącego się winogradu, którego dorodne