Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strzegłyby mą właściwą drogę. Gdybym chciał przestąpić przykazania Twoje — powstrzymałaby mnie tkliwa jej ręka.
Wielkie zmęczenie, bliskie omdlenia, ogarnęło Olafa Haraldsona.
— Mieć obok siebie człowieka dobrego — oto na co liczyłem, by nie błądzić samotnie pośród zła i ciemnoty, — powiedział Olaf Haraldson. — Teraz zaś czuję, że zginę. Nie mogę walczyć dłużej.
— Czy nie pytałem Boga, jaką mi drogę przeznaczył?! — wykrzyknął król. — Do czego przeznacza mnie Władca Niebios? Czy przeznaczonem mi zostać świętym i męczennikiem? Lecz obecnie, Astryd, o nic już pytać nie potrzebuję. Bóg nie zechciał mi dać tej kobiety, która mogłaby mnie wesprzeć w drodze życiowej. Teraz wiem już, że nie osiągnę nigdy korony świętego.
Król zamilkł w strasznej rozpaczy. Wtedy Astryd, zbliżywszy się doń, powiedziała:
— Królu Olafie, wszystko, co mi powiedziałeś teraz, słyszałam już dawniej od księżniczki i Jalte, lecz nie chciałam wierzyć, że jesteś czemś więcej, niż zwykłym, odważnym bohaterem, lub szlachetnym królem. Dopiero spędziwszy kilka tygodni pod twoim dachem, nauczyłam się drżeć przed tobą. Nic na świecie, — mówiła dalej Astryd, — nie przeraziło mnie tak, jak świadomość, że jesteś świętym, gdy zobaczyłam palące się wióry na twojej dłoni, gdy ujrzałam, że wyzdrowiał chory na skutek twej modlitwy i miecz wypadł z rąk wroga twojego! Świado-