Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Widział, jak ostro występowała wysepka na tle czarnej rzeki, widział torfowy wał, wznoszący się nad jałową glebą, widział szare mury kamiennej wieży. Całość wydała mu się okropną, odpychającą.
Nigdzie, ani źdźbła zielonej trawy, ani jaskrawego kwiatka.
Jesień, przechodząc przez kraj cały, dokładnie wykonała swą pracę.
A król pragnął czegoś jasno-czerwonego, lub granatowo-czarnego z złocistym odcieniem.
I zdawało mu się, że miejsce to zupełnie nie jest odpowiednie do szukania gry podobnych barw.
Im dłużej patrzał na wieżę, tem głębiej był przekonany, że zrosła się ze skałą. Wydało mu się niemożliwem, że została w zwykły sposób wzniesioną przez ludzi. Prawdopodobnie pewnego pięknego poranku, góra sama przez się zechciała wypuścić kiełek. I w ten sam sposób, jak na ziemi zjawia się las i trawa — wyrosła również wieża. Zrozumiał teraz, dlaczego jest tak ciężką i odpychającą.
Kiedy pomyślał o swojej królowej, która tam wyrosła, zaczęło mu się wydawać, że musi być podobną do grubo ciosanej rzeźby kamiennej, którą widział nad portykiem kościoła. Nie mógł jej sobie wyobrazić inaczej, jak w postaci szarej figury z długą, nieruchomą twarzą, płaskim tułowiem o olbrzymich rękach i nogach, dwa razy dłuższych i szerszych, niż u zwykłych ludzi.
— Taki to już mój los, — pomyślał król i jechał dalej.