Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podnóże jej okalał pas jasno-żółtego piasku, wyżej — prostopadła, nie pokryta żadną roślinnością skała, a jeszcze wyżej, na małym skalnym zrębie rosła kępa szafirowo-zielonych sosen. Ponad sosnami góra wyżłobioną była przez małe przezroczyste potoki. Dalej widać było szeregi brzóz o białych pniach i czerwono-bronzowych gałęziach i znowu piasek. A nad piaskami sterczała wspaniała, szeroka skalista ściana, pokryta ciemnym lasem iglastym, który rozrósł się gęsto na płaskim szczycie góry.
Król nie cieszył się zupełnie, że przejeżdża obok pięknej góry, gdyż tonęła cała w chmurach i mgłach, a ze szczelin i przepaści wznosiły się szare, wilgotne opary. I barwny wodospad wydawał się królowi równie szary, jak wszystko.
Westchnął ciężko, przejeżdżając obok drzew, które otrząsnęły na niego i jego konia mnóstwo wielkich kropel. Opanował go nagle smutek tak głęboki, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie odczuwał.
— Tak zawsze ze mną bywa, — myślał. — Gdziekolwiek się udam — wszędzie deszcz i błoto. Jeśli jestem na morzu, mgła dokoła bywa tak gęsta, że własnej ręki zobaczyć nie można. Kiedy jadę konno w nocy — księżyc chowa się poza czarne chmury, by tylko nie świecić dla mnie. Jeśliby mi przyszło do głowy wybrać się do nieba — zgasłyby wszystkie gwiazdy, nim zdążyłbym tam się dostać.
— I tak jest ze wszystkiem, co tylko rozpocznę — myślał dalej z goryczą, zaciskając pięści. — Inni, wstąpiwszy na tron, posiedli honory, zbytek, blask