Strona:Selma Lagerlöf - Kopalnia srebra.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nawiść. Wczoraj wśród kłótni on uderzył mnie w głowę polanem, a ja go zabiłem... Będę wisiał, wiem o tem. Biedne moje dzieci.
— Bądź spokojny — przerwał proboszcz — oddam im sprawiedliwie wszystko, co się tobie należy.
— Otóż tego właśnie nie chcę! Przyrzeknij mi, że żadnemu nie dasz ani grosza. Inaczej nie umrę spokojnie.
Proboszcz zdumiał się, ale przyrzekł. Znaleziony skarb już go nie cieszył: czyżby istotnie bogactwo zamiast pożytku przynosiło szkodę? Oto jeszcze go nie tknęli, a już czterech dzielnych, uczciwych ludzi stało się zbrodniarzami. Cóż to będzie później? Bóg powierzył mi pieczę nad duszami parafian, czyż godziło się narażać je na zgubę?
Podoba mi się ten proboszcz — wtrącił król.
— Tymczasem wiadomość o znalezieniu