Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W tej chwili posłyszałem za sobą szept starego Allo: „Poczciwy chłopak!“
— „W takim razie cóż mi zalecasz, by utrzymać Północ w spokoju na czas mej wyprawy do Galji?“
— „Zostaw ich samym sobie“, odpowiedziałem. „Zakaż wypalać ich wrzosowiska... a ponieważ ludkowie to niebogaci, więc przyślij im od czasu do czasu parę okrętów zboża.“
— „I przykaż, by je rozdzielali tubylczy włodarze, a nie jacyś greccy szachraje“, dodał Pertinax.
— „I pozwól, by w razie choroby leczyli się w naszych szpitalach“, napomknąłem.
— „O, chyba umarliby tam ze strachu“, zauważył Maximus.
— „Nie umrą, jeżeli przyprowadzi ich tam Parnezjusz“, rzekł Allo. „W tej okolicy, niedalej jak na dwadzieścia mil wokoło, mógłbym wam pokazać ze dwudziestu Piktów pokąsanych przez wilki i podrapanych przez niedźwiedzie. Ale Parnezjusz musi pobyć z nimi w szpitalu; inaczej zwarjują z trwogi.“
— „Wszystko tak, jak przewidywałem“, rzekł Maximus. „Wszystko to jest dziełem jednego człowieka... jak to zresztą zawsze bywa w świecie. Zdaje mi się, że w danym wypadku tym jednym człowiekiem jesteś ty!“
— „Pertinax i ja — to jedno“, odrzekłem.
— „Niechże wam będzie... byleście pracowali dobrze! A teraz, mój Allo, przekonałeś się, że nie żywię złych zamiarów względem waszego plemie-