Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ka. „To znak dla was i dla mnie. Los wasz już się wypełnił. Chodźcie za mną.“
Poszliśmy więc. Kto nosi gałązkę wrzosu, musi słuchać Pikta, któremu zaufał... atoli ów dym przeklęty był od nas odległy o dwadzieścia mil kędyś na wschodniem wybrzeżu, a w powietrzu było gorąco jak w łaźni.
— „Cokolwiek się zdarzy“, mówił Allo, gdy nasze koniki, postękując, ruszyły w dalszą drogę, „chciałbym, żebyście o mnie pamiętali.“
— „Nie zapomnę o tobie“, odrzekł Pertinax. „Przez ciebie nie jadłem dziś śniadania.“
— „Czemże jest dla Rzymianina garstka tłuczonego owsa?“, zaśmiał się Allo śmiechem do żadnego śmiechu niepodobnym. „A cóżbyście zrobili, gdyby wam samym wypadło być garstką owsa, zmiażdżoną dwoma kamieniami młyńskiemi?“
— „Jestem Pertinax, a nie król Edyp, co rozwiązywał zagadki!“ odrzekł mój przyjaciel.
— „Dureń jesteś!“, ofuknął go Allo. „Twoim i moim bogom grożą obce bogi, a ty nie umiesz się zdobyć na nic innego, jak na drwiny.“
— Ludzie, którym grozi niebezpieczeństwo, żyją długo“, wtrąciłem się do rozmowy.
— „Dajcie bogowie, by ziściły się twoje słowa!“ odrzekł Allo. „Ale jeszcze raz was proszę, byście o mnie nie zapominali.“
— Wspięliśmy się na ostatni, goły i skwarny pagórek i jęliśmy poglądać na morze, leżące o trzy albo cztery mile na wschód od nas. Stała tam na