Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Miało to znaczyć, że chce mnie poczęstować winem.
— „Owszem, pójdę z tobą, ale wpierw muszę zameldować przybycie mych ludzi“, odpowiedziałem, czując gniew i wstyd jednocześnie.
— „E, wkrótce wyrośniesz z tego dzieciństwa!“, ofuknął mnie ów kolega. „To-ci dopiero służbista! Ale nie chcę szkodzić twej karjerze. Idźno dalej, do posągu bogini Romy... trafisz do niego z pewnością! Główny gościniec, który wiedzie do Walencji!“ Roześmiał się głośno i odjechał. Posąg wspomniany było widać o jakie ćwierć mili, więc poszedłem wprost ku niemu. Swojego czasu przechodził tędy główny gościniec do Walencji, ale obecnie z obawy przed najazdami Piktów zatarasowano bramę, a na bruku przed murem ktoś wyskrobał słowo: „Finis!“ Weszliśmy tam niby do jakiej jaskini. Stanąwszy, przybiliśmy krok ostatni i jak jeden mąż zatknęliśmy w ziemię trzydzieści włóczni. Echo huknęło z arkady jak z wnętrza beczki, jednakże nikt nie wyszedł na nasze spotkanie. Po jednej stronie były drzwi, na których widniała wymalowana nasza cyfra. Weszliśmy cichaczem do środka. Znalazłszy tam śpiącego kucharza, rozkazałem mu, by dał nam co do jedzenia, poczem wdrapałem się na szczyt muru, by rozejrzeć się po krainie piktyjskiej i... zacząłem rozmyślać... Zamurowana brama sklepiona, przed którą na bruku wypisano „Finis“, wywarła na mnie przygnębiające wrażenie, bom przecie był jeszcze niemal pacholęciem...