Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/186

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    szczytu wzgórza Cherry Clack i przesączało swe blaski pomiędzy pniami drzew. Wnętrze Dalekiego Boru było przetkane czerwienią, złotem i czernią, a zbroja Parnezjusza jarzyła się, jakgdyby ogarnięta płomieniem.
    — Zaczekajcie chwilę! — zawołał, podnosząc rękę, a blaski słoneczne zaiskrzyły się na jego szklanej bransolecie. — Zaczekajcie! Odprawię modły do Mitry!
    Powstał i wyciągnął ręce w stronę zachodu, nucąc poważnym głosem jakieś uroczyście brzmiące słowa.
    W chwilę później i Puk przyłączył się do śpiewu, wtórując głosem przypominającym gędźbę dzwonów. Nim pieśń ukończył, ześlizgnął się z Volaterrae na ziemię i dał dzieciom znak ręką, by za nim poszły. Ruszyły więc w drogę, a gdy szły, wydawało się im, że ów śpiew gna je naprzód i prowadzi kędyś bezwolnie. Szły więc i szły w miedziano-złocistej poświetli, rozlewającej się po listkach brzozowych. Puk, idąc pośrodku, nucił jakąś pieśń dziwną, z której można było wyróżnić słowa:

    Cur mundus militat sub vana gloria,
    cuius prosperitas est transitoria?
    Tam cito labitur eius potentia,
    quam vasa figuli, quae sunt fragilia!

    (Przecz świat wojuje dla próżnej chwały,
    skoro blask szczęścia tak jest nietrwały?
    Moc jego rychło pęka i ginie,
    jako gliniane kruche naczynie!)