Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w umyśle parę zasadniczych faktów, nie przyczynia się jednak prawdopodobnie do rozwoju ciągłości myśli. Człowiek ten nie mógł opowiedzieć, w jaki sposób, nakształt gołębia, znalazł drogę do swej własnej, starej jadalni pułkowej. Nie pamiętał już nic z tego, co wycierpiał, co widział. Płaszczył się przed Dirkowiczem tak instyktownie, jak instyktownie odnalazł był sprężynę świecznika, szukał obrazu srokacza i odpowiedział na toast na cześć królowej. Reszta była pustka, którą groźny język rosyjski częściowo tylko mógł usunąć.
Żyjący w konjaku szatan podszepnął Dirkowiczowi, aby w tej najzupełniej nieodpowiedniej chwili wygłosił mowę. Lekko słaniając się wstał, chwycił się za brzeg stołu i zaczął, z oczami płonącemi, jak opale:
— Sławni żołnierze-bracia, przyjaciele wierni i gościnni. Był to nieszczęśliwy wypadek opłakany — w najwyższym stopniu opłakany.
Tu uśmiechnął się słodko do całego stołu.
— Zechciejcie jednak chwilę zastanowić się nad tą małą, och, tak malutką historją. Malutką — nieprawda-ż? Car! Plewat’! Plewat’! — powtarzam, plewat’ mnie na cara! Czy w niego wierzę? Nie! Ale w nas, w Słowian, którzy nic jeszcze na świecie nie zrobili, w nas ja