Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To jest koń! Tak jest — koń!
Bardzo powoli przyszła odpowiedź w niskim, bezbarwnym, gardłowym tonie.
— Tak, ja — widzę. Ale — gdzie jest tamten koń?
Można było słyszeć bicie serc oficerów, kiedy cofali się, dając obcemu możność poruszania się po całej jadalni. Mowy już nie było o zawołaniu warty.
Znowu przemówił bardzo powoli:
— Gdzie jest nasz koń?
Jednego tylko konia mają Biali Huzarzy, a portret jego wisi po drugiej stronie drzwi jadalni. Jest to srokacz dobosza, król muzyki pułkowej, który służył w pułku trzydzieści siedem lat i w końcu został z powodu starości zastrzelony. Połowa zgromadzonych zdjęła obraz ze ściany i wetknęła go w ręce nieznajomemu. Ten umieścił go na kominku; obraz zastukał, kiedy go jego biedne, drżące ręce ustawiały, a człowiek zatoczył się ku stołowi i padł na krzesło Mildreda.
A wówczas wszyscy razem zaczęli mówić, mniej więcej w ten sposób:
— Srokacz nie wisi nad kominkiem od sześćdziesiątego siódmego roku.
— Skąd on wie, że ten obraz tu był?
— Mildred, zapytaj go jeszcze.