Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tant, spokojnie opierając się o poręcz krzesła — Oto skutek redukowania posterunków. Przypuszczam, że warta go zabiła.
Na płytach werandy rozległy się kroki zbrojnych ludzi i zdawało się, jakby coś ciągnięto.
— Czemuż go nie zamknąć w areszcie do rana? — mruknął pułkownik niechętnie. — Sierżancie, skoczcie-no i popatrzcie, czy mu tam czego nie przetrącili.
Sierżant kasyna wyskoczył w ciemność i po chwili wrócił z dwoma żołnierzami i kapralem; wszyscy mieli dziwnie niewyraźne miny.
— Złapano go na kradzieży karabinów, proszę pana pułkownika! — rzekł kapral. — To znaczy, skradał się ku koszarom, obszedłszy główną wartę, proszę pana pułkownika, a posterunek powiada, proszę pana pułkownika...
Obwisła kupa szmat, podtrzymywana przez trzech ludzi, jęknęła. Nigdy nie widziano Afgana tak wynędzniałego i zdziadziałego. Był bez turbana, bosy, cały oblepiony błotem i napół żywy z pobicia. Usłyszawszy głos bólu tego człowieka, Hira Singh drgnął zlekka. Dirkowicz wypił znowu kieliszek konjaku.
— Co mówi posterunek? — spytał pułkownik.
— Że on mówi po angielsku, panie pułkowniku, — odrzekł kapral.