Strona:Respha.pdf/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przebiegła szybko ten pokój i wprowadziła mnie do drugiego. Tu zrzuciła swój czarny berecik i okrycie i zaraz pobiegła do lustra.
Poprawiając włosy, przepasane szeroką ciemnozieloną wstążką, kręciła główką zupełnie jak ptaszek.
„Ma takie same jak ptaszek czarne paciorki w oczach i takąż w nich beztroskę“ — pomyślałem. Ta niefrasobliwość synogarlicza wystąpiła w jej spojrzeniu dopiero teraz, gdy patrzyła na samą siebie. Musiała ją bardzo cieszyć jej uroda. Jej spojrzenie nie było już niepewne i zabłąkane; miała przed sobą coś, do czego mogła przylgnąć okiem długo i pieszczotliwie. Biedne dziecko — nie kwitnie świat temu, kto po za sobą nie śmie na niczem zatrzymać oka.
Żal mi jej było bardzo. Ale gdym od niej oderwał wzrok i rozejrzał się po tej sypialni, uczułem w zrastający ciężar na piersiach. Coś waliło się na mnie. Z kątów dusznego pokoju wyglądały zimne oczy jakiejś ohydy, wysuwały się lepkie wstrętne macki, kłębiły w cieniu jakieś odrażające wężowe sploty. — Ciężko mi poczęło być, duszno. Nie miałem już co do niej gadać. I znów gryzący opar bezkresnego sieroctw a tchnął na mnie takiem zimnem, iż uczułem coś blizkiego rozpaczy. Przez chwilę tam, nad błoniem, wtulonem w mgły, pieściła mnie jakaś ułuda, jakieś niepewne spodziewanie