Strona:Respha.pdf/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W jakimś zagłębiu duszy, na dnie jej, gnieździło się w mnie dawniej uczucie sieroctwa. Przychodziły chwile, iż z swego ukrycia wypełzało ono, snuło się po duszy, jak dym cierpki podnosząc się coraz wyżej, aż mnie całego spowinęło.
Dziwne i dręczące miałem wtedy wrażenie. Zdawało mi się — jakby to określić? — że człowiek tylko pozornie zbliżać się może i przytulać do innych. W istocie zaś każdy z nas ma swój szklany dzwon i w nim się porusza, on idzie za człowiekiem wszędzie — niewidzialny i nieodstępny towarzysz, a zarazem nieprzenikniona między nami zapora.
Zjednoczyć się, wtulić się w czyjąś duszę! Będziesz się łudził, że to jest możliwe póki naraz, pomiędzy tobą i drugim, nie wyczujesz czegoś chłodnego, ślizkiego — szklanej ściany tego dzwonu, w którym zamknięty jesteś na wieczne o samotnienie... I pocałunki są złudzeniem, i uściski są złudzeniem. Zbliżamy usta do ust, ale całujemy przejrzystą, zimną, nieprzeniknioną powłokę — nasz dzwon — i po ślizkiej jego powierzchni zesuwa się dłoń szukająca uścisku.