Strona:Respha.pdf/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na zachodzie łagodnie promienną. Wrócił i był w Silo jak przedtem, milcząco posługi swoje w przybytku sprawując.
Lecz po czasie jakimś znów zebrał się w drogę.
— Dokąd udajesz się teraz, synu mój — pytał go kapłan.
— Do Betlehem Juda, ojcze.
Po drodze wstąpił do domu, na stokach Efraimu i ztąd zabrał dwie oślice swoje, swojego sługę, szaty żony swej i podarki dla jej ojców. I poganiał w drodze oślice jakby za długie mu godziny były.
Do Betlehem Juda przybywszy, szedł do domu świekra swego i tam, zaraz na progu zaskoczył tę, do której wiodła go tęsknota. A nie miał dla niej słów twardych, lecz powitał ją łagodnem powitaniem, ona zaś osunęła mu się do nóg i płakała ukrywszy u kolan jego twarz. Wwiodła go potem w dom ojca swego, a ten radował się z przyjścia Lewity, mówiąc:
— Oto człowiek dobry wszedł pod dach mój.
Była więc radość w tym domu.
I dobre były chwile. A najlepszą, gdy po opadnięciu dnia i uciszeniu się wieczornem wszystkiego, szukając chłodu, posiadano przed sienią.
Położyła Orfa swą głowę na kolanach Lewity i oboje szukali po niebie swojej gwiazdy jasnej.
I spowiadała mu się Orfa: