Strona:Respha.pdf/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się zaczęła na trawie; rozwilgotniała ziemia uśpiona i odetchnęła wonią jędrną, rzeźwiącą.
Legł Lewita na ziemi, za wezgłowie mając kamień i dłoń pod głową podłożoną.
Długo wodził oczami po wspaniałej oponie niebios aż przylgnął spojrzeniem do jednej z gwiazd na zachodzie, niewysoko nad ziemią równym i łagodnym blaskiem płonącej. Jakby się uśmiechnęli do siebie... To była znajoma — gwiazda jego domu. Ilekroć wieczorem na kamiennym stopniu, przed drzwiami swemi zasiadł, miał ją wprost przed sobą, niewysoko nad posrebrzonemi wzgórzami, jasną i życzliwie jakoś ku domowi jego spoglądającą.
A w te godziny ciche, obok niego, dwie inne jeszcze gwiazdki w ciemnej oprawie tęczówek, pod długiemi rzęsami, płonęły w owalu bledziutkiej twarzy. Białe, przejrzyste zasłony, jak obłoczki powiewne, otulały czerń wijących się nad skroniami włosów i kołysały się przy policzkach. Od zasłon tych obłocznych, od cieni kładących się pod marzącemi oczami, od smutnego trochą uśmiechu okalającego krwisty, wilgotny pączek stulonych usteczek — jakaś chmurka tęsknoty spowijała wtedy twarz tej miłej gwiazdki jego domu, którą niedawno przywiódł sobie z Betlehem Juda.