Strona:Respha.pdf/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nieopodal przybytku, na kamieniu, w cieniu wątłym garbatej oliwki usiadłszy, odetchnął Lewita głębokiem westchnieniem człowieka, co zbywszy zewnętrznej służby życia odzyskuje na czas prawo do wnętrza swego. Tam — ci sam tylko jest arcykapłanem, mogącym uchylić ostatniej przybytku zasłony i wstąpić do swojej świątnicy najświętszej.
Purpurą nasiąkło niebo na zachodzie. Z dymów rozpełzłych i kurzawy wzniesionej przez powracające z pastwiska trzody złotawy pod słońce obłok ogarnął przybytek. A był to jeszcze ów namiot Mojżesza z opon jedwabnych, zahaftowanych postaciami cherubinów, w szczycie opony z sierści koziej tkane mający i skórami borsuczemi i baraniemi, czerwienią farbowanemi nakryty; ten sam sędziwy już namiot w szczegółach najdrobniejszych urządzenia swego — od wymiaru opon, ilości pętlic na nich i klamr do spinania, do kształtu ołtarzy, skrzyni przymierza, jej wieka z cherubinami nad nią złote skrzydła rozpościerającemi, do całokowanych ozdób świecznika, do słupów, ich główek i srebrnych okręceń, do mis, czasz, kubków, lamp i kaganków — pomyślany w dni samotne na milczącym, obłokami spowiniętym szczycie Sinai. Niedalekie to jeszcze były czasy. Nie stężał jeszcze Mojżesz w legendę, choć fantazja ludu zdążyła już cudami wyhaftować wspomnienie o nim. Zdążył też Izrael sto razy już