Strona:Respha.pdf/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sia zrazu, jak dziecko, z tą różnicą, że pies nietylko zaspakaja ciekawość, lecz rozglądając się i raz po raz wciągając powietrze ulega potrzebie dobrego zapamiętania drogi. W wagonie trochę odrętwiał. Ten sposób pochłaniania przestrzeni raził go, tylko na stacjach znów ćwiczył swą pamięć. Warszawa nie przypadła mu do smaku; raz i drugi poszedł z nam i na ulicę, potem nie chciał. Gdy zbieraliśmy się w dalszą drogę, zrazu okazał uciechę, lecz w net umiarkował ją pewną powściągliwą uwagą czekając, aż coś mu wskaże, że to już istotnie będzie powrót. Gdybyśmy pojechali na ten sam dworzec koleji, z którego przybyliśmy, sądziłby, że to zaczyna się odwrotna serja obrazów, na końcu której będzie dom jego, lecz pojechaliśmy na inny, więc zapadł w apatję mało się troszcząc o tę rozpoczynającą się nową serję, nowych obcych rzeczy. Po paru dobach jazdy koleją przybyliśmy na wieś, jedną z najcudniejszych, jakie znam, nad Zbruczem, w bajecznej krasie Podola. Po paru tygodniach Neptuś przyzwyczaił się i zżył z nowem miejscem, ale nie tyle co my. Myśmy się oprzędli już tutaj, wtulili w tę miłą wieś, tak że o wyjeździe myśleć się nie chciało, on wciąż tęsknił. To jakieś brzemię na sercu było widoczne. I czuł jakąś do nas urazę. W domu nie odchodził od nas na krok; tu szedł w kąt, kładł się z westchnieniem i drętwiał w ja-