Strona:Respha.pdf/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak, to ona sama. Ból i troska o dzieci, to ona sama.
Opowiem ci, Neptusiu, jeszcze coś o czem nie wiesz, a co ciebie się tyczy.

Twoja matka, czarna jak kruk Mucha (ty po niej masz czerń a po ojcu biały pod szyją gors i białą łatkę na nodze) miała się oszczenić. To było na wsi, w domu Madziaków[1]. Jeszcze jej potomstwo w trzewiach jej było, gdy zapadł już wyrok człowieka by je zniszczyć. Mieliśmy już dwu psów, Muchę i Azora; doświadczenie nas pouczyło, że szczenięta ludziom oddane źle na tem wyjść mogą, powiedzieliśmy więc sobie iż lepiej zamknąć przed nimi świat odrazu. — Była noc, leżałem już w łóżku. Paliła się mała lampka przed obrazem. W kącie ciemnym, na posłaniu ku temu właśnie wypadkowi przygotowanym (— bo zwykle u mnie na łóżku, w nogach, Mucha sypiała), twoja matka zaczęła się wić w bólach porodu. Wydała pierwsze, wyczyściła je po swojemu i wymyła, lecz gdy z powrotną falą bólów, trzewiem targających, opadła jej głowa i zgasła czujność oka, czyjaś ręka (ta sama, Neptusiu, co — jak puch pieszczoty) uniosła jej szczenię. To samo nastąpiło z drugiem i trzeciem. W wnętrznościach jej zostało jeszcze jedno. — Patrzałem z udręką nie-

  1. Pt. „Czyja ona była“? — w Drzewach.