Strona:Respha.pdf/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozmowa z Neptusiem — lub dalej idąc nawet z lipą, bądź krajobrazem całym — nie może być czem innem jak wymianą wnętrznej treści, rozmowa zaś z Pawłem, mogąc być nią również, nie bywa prawie nigdy. Czemu? Może za sprawą rozpylenia się w zbytniej obfitości symboli; z nich już mgła może w koło nas zgęstniała i coś nam przesłania. Nie wiem. Bezwiednie lgnąłem zawsze bardziej do mniej rozsymbolizowanych a więcej z Neptusia i lipy i wgłębień krajobrazu polskiego mających...
Więc romawiam z Neptusiem. Oto najcudniejszy z jego symboli — to spojrzenie, którem poprostu związał mnie całego jak jakąś własność swoją lub drugiego siebie; on trzyma ruch moich oczu, najlżejszę zmianę w fali mego wzroku, widzi lepiej bo głębiej niż lustro każdy skurcz w mojej twarzy i zabiega przed mój gest; dość mi dłonią ruszyć by on gest ten skojarzył z szeregiem dalszych mających nastąpić aż do momentu gdy... — Sądzisz że na spacer, Neptusiu? Nie. Teraz tylko pogadamy sobie...
Powiedz mi, Neptusiu, czy ty umiesz kochać, jak i kogo kochasz? — Osądź sam — odpowiada — bo ja się nie znam na ludzkich walorach. Było to już dawno. Ciepły, różowy język mojej matki lizał mnie całego zgarniając nieczystość szczenięcia, myjąc włos mój. Gdy wpółsenny ssałem jej pierś, przenikało mnie jej ciepło; byliśmy z nią jedno i to by-