Strona:Respha.pdf/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


widziałem sam fruwając nad niemi na skrzydłach słów matki i swojej wyobraźni. — Mój rozwój fizyczny doznał przeszkód; zwątlałem, nie mogłem odpierać napastników, którzy gnietli mnie na ławce lub dręczyli psztyczkami. — W tedy rozpoczął się proces znieprawienia moralnego. Z ponurych zakamarków, które są w duszy każdego człowieka choć światełko dobra je przesłania lub zgoła mrok z nich wypłoszyć może — wypełzł gad kłamstwa.
By nie pójść do szkoły udawałem chorobę. Potem udawałem, że idę do klas i chyłkiem tylną furtką lub przez parkan wkradałem się z powrotem i kryłem w drwalni, lub na stryszku z sianem. O jak pamiętam te godziny i tego pająka, który snuł swą siatkę pod gontami dachu. Przyglądałem mu się nieruchomy, stężały, zahypnotyzowany jego wstrętną powierzchownością i wstrętnym sposobem życia. Wreszcie polubiłem go. Pająki obsiadły mi duszę.
Do matki zaczęły dochodzić wieści. Pewnego razu przywołała mnie bardzo wzruszona, z pełnemi łez oczami. „Ty kłamiesz?“ — zapytała. — „Tak“. — „Nie chodzisz do szkoły?“ — „Nie mogę“... „Marzłeś na strychu?“ — „Nie, tam cieplej niż w klasie — mam pająka“ — mówiłem jak przez mgłę obłędu. — Otwarła mi ręce i płacząc oboje wtuliliśmy się w siebie, jak to kiedyś dawniej. Znów byliśmy