Strona:Respha.pdf/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i hałaśliwych. Coś mnie odrazu tknęło, że jest jakaś przeciw staremu zmowa. Odwołano go od m ego stolika, usadzono gwałtem w kompanji — uczęstowano kieliszkiem jednym, drugim i zaczęło się wręcz okrutne z niego naigrawanie. Pryskali na niego piwem; ktoś podkręcał mu jego wąsa, ktoś zasadził mu na głowę damski kapelusz... Przyglądałem się kuzynowi znacznych rodów i widziałem w stężałych jego oczach to samo odrętwienie, jakie sam czułem wobec wielkiego, zasnuwającego mnie swą siatką pająka.
Podszedłem do starego i położyłem mu rękę na ramieniu. Patrzał na mnie chwilę martwo, potem coś zbudziło się w jego oczach — i szepnął, uchwyciwszy się mojej ręki:
— Ratuj mnie!
— Chodź pan — rzekłem i pociągnąłem go, ale nie tak łatwo chcieli go puścić. Mnie i jem u dostały się szturchańce i wymysły śród hucznego śmiechu.
Wyszliśmy. Jakże pamiętam ciszę głuchego zaułka, czyjeś ginące w oddali kroki i ohydny rozgwar szynku! Spojrzeliśmy sobie z starym w oczy i powiedzieli coś, czego usta wymówić nie umieją. Nie widziałem go już potem. Wkrótce nazwisko jego wpadło mi w oczy na klepsydrze. W piwiarni, choćby żył, więcej byśmy się nie spotkali, gdyż