Strona:Respha.pdf/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zasłonił ścianki skrzyneczki, w której leżałem; w tedy dopiero zaczynało się znów coś tlić w duszy i małe od iskierek światełko barwiło ów opar i rozpinało w nim złudy.
Zbierało się w piwiarni kółko jakichś starych ludzi i ci codzień się z sobą spierali. W reszcie razu któregoś jeden z nich, na dobre rozzłoszczony na towarzyszy, fukając jak stary i zły kot, odszedł od nich i usiadł przy moim stoliku. Była to starość zaniedbana, zapominająca o umyciu się, uczesaniu, utarciu nosa, nie mająca nikogo ktoby to przypomniał. Miał się kiedyś dobrze, a i teraz nie był w nędzy; posiadał ongi drukarnię, którą przekazał synom. Nie mieszkał jednak przy dzieciach, lecz sam. Narzekał na nie i na wszystkich, sprawiał jednak wrażenie, że sam winien jest osamotnienia; sądzę, iż na starość powyrastały mu długie a ostre kolce, nikomu zaś nie chciało się delikatnie je rozgarniać i zobaczyć co go tam w środku boli. Był też manią wielkości trochę dotknięty i roiło mu się pokrewieństwo z znacznemi rodami. — Odtąd ku głuchej mojej irytacji już co wieczór siadywał przy mnie i gnębił niedorzecznemi opowieściami. Że jednak rozmawiał on właściwie sam z sobą, z swojemi rojeniami, mogłem go nie słuchać i pieścić własne. — Towarzysze jego zachowali doń urazę. Pewnego razu ich grono powiększyło kilka nowych figur, niemiłych