Strona:Respha.pdf/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ty jesteś dobry, dobry...
— Nie mów tak.
— Czemu — kiedy ty naprawdę jesteś dobry?
— To nie ja — Bóg jest dobry. Jeśli będziesz wmawiała we mnie dobroć i jeśli się poczuję dobrym, to zacznę się tem pysznić. Wtedy natychmiast Bóg odleci i z mojej dobroci zostanie coś suchego, umarłego jak kokon po odlocie motyla. Pożałuj białego motyla, niech od nas nie odlatuje.
Wzięła moją rękę.
— Nic z tego nie rozumiem. Powiadam, że jesteś dobry — jeszcze raz, i dziesiąty raz, i setny raz.
— A ja setny ci mówię, ze to Bóg jest dobry.
— To ty jesteś Bóg? Nie strasz mnie. Boga jabym się bała, a ciebie się nie boję.
— Bo tak właśnie Bóg czyni. Żeby ciebie nie przestraszyć swoją wielkością i nie oślepić swoim blaskiem, przelew a się przez czyjąś ziemską, ludzką duszę i pieści cię ręką takiego jak i ty stworzenia.
— O, to nie może być! Zresztą, jak tam sobie chcesz. Ty jesteś dobry.
Zarzuciła mi na szyję rączyny zeszczuplałe, bo to było po długiej jej chorobie.
— I ja ciebie kocham. Nic tego nie rozumiem. Miałam tylu kochanków. Tysiące razy cie-