Strona:Respha.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czy nie wznosi się ku niej modlenie całej przyrody — bez słów, lecz w tęsknotach bardzo naszej pokrewnych? W tej kopule ujrzałem Boga. Nie był on sam ą kopułą, lecz bijącą od niej świętością. — Rzeczywistości jego brak kształtów i barw nic zgoła ująć nie zdołał, bo to właśnie są złudzenia; był zaś widomym, gdyż wskazał mi go wzrok myśli i ócz. Na cóż jeszcze patrzałem? Rosła tam przy miedzy młoda brzózka. Cudną była biel jej kory, w zruszającą wątłość płaczących gałązek, uroczemi — wiosenne, złotawe listeczki. W rozchyleniu jej młodych ramion był wdzięk nieopisany. Przypomniały mi się marmurowe posągi dziewcząt, trzy Gracje greckie. I ona była Gracją. Przypomniało mi się, jak patrzałem kiedyś na kąpiące się w rzeczułce dzieci; był tam chłopczyna, który stopy dopiero zamaczawszy w wodzie stał nad nią troszkę pochylony, po ciele jego przebiegał dreszczyk chłodu, skrzyżowane rączki położył sobie na ramionach i kulił je. Był prześliczny — a tak do niego podobną ta brzózka.
Czy ta brzózka była Bogiem? O nie, lecz jej czarujący wdzięk wspólny z wdziękiem marmurowego marzenia i żywego chłopczyny — był Bogiem. Widomym i pragnącym by go widziano. Bo to On jest tą Jednością, która w wdzięku i pięknie obejmuje