Strona:Respha.pdf/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W splocie ludzkiej doli trzy nici plączą się ciągle — zdolność wytwarzania złud, usiłowanie by je utwalić, melancholja płynąca z bezowocności tych usiłowań.
Piękne złudy rodzą się na wysokości. Tworzy je człowiek czasu górnych swych lotów, w odepchnięciu od pastwiska prozy codziennej, rozpina je naprzeciw słońc. Ztąd malowność, tęczowość, promienność tych widzeń.
Ledwie jednak gdzieś, na wyżynie, rozepnie cudne widziadło, płonące barwami, które — wierzyć się chce, że kradzione są niebu, gdy już szukać poczyna gwoździków by swą tęczową złudę przybić do ściany, jak dywanik nad łóżkiem, — i mieć ją na codzień, na zawsze. Po ulatywaniach najgórniejszych zawsze w raca bezwład, ociężałość, usiłująca do czegoś przywrzeć, w coś wrosnąć. Byliśmy kiedyś drzewem, kamieniem, sennie snującą się w przestworzu mgławicą i zachowujemy pamięć tych bytów znieruchomiałych, cichych, przeobrażających się tak powolnie, że ich dziś jest bez końca, a jutro nie daje