Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
237
OD TŁUMACZA

Myśl ta streszcza się krótko: wszechświat a jaźń moja — to jedno. Z chwilą, kiedy umysł indyjski doszedł do tej prawdy, wiele innych zagadnień straciło dlań wagę. Poprzednie wieki legowały mu wiarę w bogów. Niech sobie zostaną bogowie. Niema potrzeby odrzucać ich i nawet nie warto. Tylko że wszyscy, od bogów i ludzi „aż do mrówek“ wplątani jesteśmy w koło żywotów i śmierci. I wszyscy oni — to ja. Dawne spekulacje, utożsamiające w prymitywnie naiwny sposób np. oko ze słońcem albo oddech z wiatrem, nabrały teraz wyrazistości i znaczenia. Ale w gruncie rzeczy i to puste słowa. Jedno jest tylko istotne: to niezachwiane poczucie, że w głębi duszy jest wszystko — cały świat. To poczucie przesłoniło wszystkie poglądy, boć poglądy to rzecz martwa, póki ich nie ożywi głębia przekonania. Jeśli wiec pogląd, przekazywany słowami, zatrzymał się na myśli o Bogu, wtedy najgłębsze poczucie wszechjedności powlekało go barwą panteizmu: Bóg jest tem wszystkiem, a ja jestem bogiem. Jeśli zaś w myśli plątały się dawne podania kosmogoniczne, mity takie i owakie, tedy je powtarzano, jedne i drugie, bez konsekwencji